Translate / Tłumacz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 października 2015
środa, 14 października 2015
Dla mojej siostry
Dzisiaj dla mnie jest szczególny dzień i to nie dlatego że jest Święto Nauczycieli, chociaż to też ważne. Bo dzisiaj swoje święto mają moi rodzice.
Dzisiaj mijają dwa lata od odejścia mojej siostry. Dlaczego używam słowa "odejście". Bo właśnie tak się czuję, jak by odeszła na chwilę, wyjechała na wczasy, do sanatorium, które się trochę przedłuża. Ale kiedyś wróci, otworzy drzwi i powie radosnym głosem - "wróciłam!" Będzie opowiadać jak było, pokazywać zdjęcia. Ja wiem, że to się nie stanie, ale jakoś łatwiej mi przez to przechodzić.
Niedawno na facebooku znalazłam stronę siostry, nikt tej strony nie wykasował. Natknęłam się tam na wpis dokonany przez siostrę na dzień przed śmiercią. Tak jak by wyczuwała, że coś się złego wydarzy.
Był tam wiersz, więcej słów nie potrzeba :
"Utkany ból"
Słono gorzka łza
na twarzy zostawia ślad
jakiś smutek krzykim
nostalgii
związał mi ręce pomiędzy
palcami tkane bólem
przemykają niedośnione
sny
dziś nawet nie wstał już
dla mnie świt
patrz
u twych stóp leży zdeptane
moje serce
ty mijasz je ciszą
tak niecodziennie
obojętnie
w duszy umiera ostatnie
marzenie
jak odnaleźć siły
by jeszcze żyć.
Siostra kochała piosenki Leonarda Cohen'a. To dla Ciebie
Pa, Dorota
piątek, 7 sierpnia 2015
Z nici Ariadny
dobre hafty tylko u ariadny elo. wystawa była kiepska. nie polecam elo. w kinie było cool ale pewne gerlsy klepały kopytami o nogi. popsuły najlepszą scenę z całego filmu. no nic. hańba im po wieki elo. później zdarłam klapka i mi klej w torbie puścił. osobiście kleju nie polecam 2/10 elo.
na koniec wróciliśmy do hausa elo. nakarmiłam piesa i porozmawiałam z grandfaderem. moje syniątko odwalało radoche kiedy lałam go wunszem. nie rozumiem tego dzieciucha elo.
Pozdro 600
Dorasiątko.
To wpisał mój znudzony synalek, kiedy ja rozmawiałam namiętnie z mężusiem. Miałam to skasować, ale Maciek błagał na kolanach abym tego nie robiła, więc zostawiłam. Chyba nam od tego upału zaczyna odwalać, straszne. I do tego jakaś mucha mi tu nad głową lata.
Z tymi klapkami to prawda, tylko że nie zdarłam a klej mi puścił i nagle miałam podeszwę osobno i wkładkę osobno. Normalnie od upału klapki mi się rozkleiły, masakra.
Ale właściwie to nie o muchach chciałam pisać, tylko o tym, że wczoraj wybraliśmy się do Łodzi do Muzeum Włókiennictwa, wiadomo jak to w Łodzi. W odróżnieniu od mojego syna, jestem zachwycona wystawami. Przede wszystkim pojechałam tam, aby zobaczyć V Ogólnopolską Wystawę Rękodzieła Artystycznego.
Swoje prace wystawiało 195 artystów amatorów z całej Polski. Prac było ponad 500, więc bylo co oglądać. Prace wykonywane były w różnych technikach - haft krzyżykowy, haft richelieu, haft płaski, koronki klockowe i filetowe, frywolitka. Dzianiny na drutach, koronki szydełkowe. Haft strukturalny, temari, mereżka, haft ze Schwalm, toledo, koronka igłowa i pętelkowa, patchwork, makrama, arabeska. Były serwety, obrusy, firanki, bluzki, parasolki, czapeczki, biżuteria. Dla każdego coś dobrego.
A teraz porcja zdjęć, a jest co oglądać.
Nie które zdjęcia ciężko było zrobić, ponieważ odbijało się słońce padające z okien, a że są to stare hale fabryczne, więc tych okien jest bardzo dużo.
Wybrałam tylko parę prac, bo inaczej mój wpis miałby z pięć stron, a chciałabym jeszcze Wam pokazać jedną salę w muzeum. Jest to sala z modą od XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Aż się łezka zakręciła w oku, gdy oglądałam te wywatowane ramiona, albo za duże koszule, po prostu cudo, zresztą zobaczcie same
Dobrze, że moda się zmieniła. Jak ja mogłam przy swoim "dużym" wzroście nosić za duże swetry, długie aż do połowy ud, albo spodnie piramidy. Brrrrrrr
To była mała wycieczka po muzeum, w następnym wpisie będzie kolejna wycieczka.
Witam w swych progach Krysię M, bardzo mi miło.
Dziękuję dziewczyny za komentarze pod poprzednim wpisem, miło mi, że choć troszkę tęskniłyście za mną :)
Życzę wszystkim obniżenia temperatury na zewnątrz, a podwyższenia w robótkach, pa.
na koniec wróciliśmy do hausa elo. nakarmiłam piesa i porozmawiałam z grandfaderem. moje syniątko odwalało radoche kiedy lałam go wunszem. nie rozumiem tego dzieciucha elo.
Pozdro 600
Dorasiątko.
To wpisał mój znudzony synalek, kiedy ja rozmawiałam namiętnie z mężusiem. Miałam to skasować, ale Maciek błagał na kolanach abym tego nie robiła, więc zostawiłam. Chyba nam od tego upału zaczyna odwalać, straszne. I do tego jakaś mucha mi tu nad głową lata.
Z tymi klapkami to prawda, tylko że nie zdarłam a klej mi puścił i nagle miałam podeszwę osobno i wkładkę osobno. Normalnie od upału klapki mi się rozkleiły, masakra.
Ale właściwie to nie o muchach chciałam pisać, tylko o tym, że wczoraj wybraliśmy się do Łodzi do Muzeum Włókiennictwa, wiadomo jak to w Łodzi. W odróżnieniu od mojego syna, jestem zachwycona wystawami. Przede wszystkim pojechałam tam, aby zobaczyć V Ogólnopolską Wystawę Rękodzieła Artystycznego.
Swoje prace wystawiało 195 artystów amatorów z całej Polski. Prac było ponad 500, więc bylo co oglądać. Prace wykonywane były w różnych technikach - haft krzyżykowy, haft richelieu, haft płaski, koronki klockowe i filetowe, frywolitka. Dzianiny na drutach, koronki szydełkowe. Haft strukturalny, temari, mereżka, haft ze Schwalm, toledo, koronka igłowa i pętelkowa, patchwork, makrama, arabeska. Były serwety, obrusy, firanki, bluzki, parasolki, czapeczki, biżuteria. Dla każdego coś dobrego.
A teraz porcja zdjęć, a jest co oglądać.
Nie które zdjęcia ciężko było zrobić, ponieważ odbijało się słońce padające z okien, a że są to stare hale fabryczne, więc tych okien jest bardzo dużo.
Wybrałam tylko parę prac, bo inaczej mój wpis miałby z pięć stron, a chciałabym jeszcze Wam pokazać jedną salę w muzeum. Jest to sala z modą od XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Aż się łezka zakręciła w oku, gdy oglądałam te wywatowane ramiona, albo za duże koszule, po prostu cudo, zresztą zobaczcie same
Dobrze, że moda się zmieniła. Jak ja mogłam przy swoim "dużym" wzroście nosić za duże swetry, długie aż do połowy ud, albo spodnie piramidy. Brrrrrrr
To była mała wycieczka po muzeum, w następnym wpisie będzie kolejna wycieczka.
Witam w swych progach Krysię M, bardzo mi miło.
Dziękuję dziewczyny za komentarze pod poprzednim wpisem, miło mi, że choć troszkę tęskniłyście za mną :)
Życzę wszystkim obniżenia temperatury na zewnątrz, a podwyższenia w robótkach, pa.
sobota, 11 kwietnia 2015
Wystawa i małe hafciki
Witam
Na początku chciałabym bardzo serdecznie podziękować za cudowne życzenia świąteczne, jest mi bardzo miło. Bardzo chciałabym podziękować za życzenia Eli - bluebrunete i Dusi
Nie powiem nic odkrywczego, jak to że święta i po świętach. Okres świąteczny minął mi bardzo sympatycznie, cisza, spokój, ciepły kocyk i kubek gorącej herbaty. Bo niestety pogoda była fatalna, o , gdyby święta były jutro, to byłoby fajnie. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi to się co ma.
Dzisiaj wyciągnęłam mojego ślubnego do Muzeum Narodowego na wystawę malarstwa Olgi Boznańskiej., którą zorganizowano z okazji 150 rocznicy urodzin malarki.
Muszę przyznać, że jestem oczarowana jej malarstwem, miała pewną rękę, śmiałe pociągnięcie pędzla. Jeśli macie okazję przyjechać do Warszawy i obejrzeć tę wystawę, to bardzo polecam.
Jeśli jestem przy malarstwie, to muszę pochwalić swojego syna Maćka jaki obraz namalował na plastyce. Obraz nosi tytuł "Łąka", mnie się podoba.
Co hafciarsko porabiam, ano robię zaproszenia na komunię i zrobiłam drugą część ptaszorków, które powędrowały do Dusi, mam nadzieję, że się jej podobały .
Na zakończenie trochę wspomnień. Czy pamiętacie film "Gorączka sobotniej nocy"? Otóż dzisiaj byliśmy na targach motocyklowych i tam znalazłam płytę z muzyką z tego filmu. Mówię Wam, wspomnienia z młodości, jak to się kochałam w Travolcie, w tym jego zmysłowym tańcu i uśmiechu. I do tego piosenki Bee Gees, to jest mieszanka wybuchowa.
No cóż, dzisiaj taki misz masz, tak jak w reklamie - jakie frytki, małe czy duże? Trochę takich, trochę takich. U mnie też trochę tego, trochę tamtego.
Witam w swych progach Xandrę48, bardzo mi miło.
Życzę wszystkim miłej i słonecznej niedzieli, pa.
Na początku chciałabym bardzo serdecznie podziękować za cudowne życzenia świąteczne, jest mi bardzo miło. Bardzo chciałabym podziękować za życzenia Eli - bluebrunete i Dusi
Nie powiem nic odkrywczego, jak to że święta i po świętach. Okres świąteczny minął mi bardzo sympatycznie, cisza, spokój, ciepły kocyk i kubek gorącej herbaty. Bo niestety pogoda była fatalna, o , gdyby święta były jutro, to byłoby fajnie. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi to się co ma.
Dzisiaj wyciągnęłam mojego ślubnego do Muzeum Narodowego na wystawę malarstwa Olgi Boznańskiej., którą zorganizowano z okazji 150 rocznicy urodzin malarki.
Muszę przyznać, że jestem oczarowana jej malarstwem, miała pewną rękę, śmiałe pociągnięcie pędzla. Jeśli macie okazję przyjechać do Warszawy i obejrzeć tę wystawę, to bardzo polecam.
Jeśli jestem przy malarstwie, to muszę pochwalić swojego syna Maćka jaki obraz namalował na plastyce. Obraz nosi tytuł "Łąka", mnie się podoba.
Co hafciarsko porabiam, ano robię zaproszenia na komunię i zrobiłam drugą część ptaszorków, które powędrowały do Dusi, mam nadzieję, że się jej podobały .
Na zakończenie trochę wspomnień. Czy pamiętacie film "Gorączka sobotniej nocy"? Otóż dzisiaj byliśmy na targach motocyklowych i tam znalazłam płytę z muzyką z tego filmu. Mówię Wam, wspomnienia z młodości, jak to się kochałam w Travolcie, w tym jego zmysłowym tańcu i uśmiechu. I do tego piosenki Bee Gees, to jest mieszanka wybuchowa.
No cóż, dzisiaj taki misz masz, tak jak w reklamie - jakie frytki, małe czy duże? Trochę takich, trochę takich. U mnie też trochę tego, trochę tamtego.
Witam w swych progach Xandrę48, bardzo mi miło.
Życzę wszystkim miłej i słonecznej niedzieli, pa.
wtorek, 6 maja 2014
Majowo, książkowo, komunijnie
Witam
Jak dawno już nie pisałam. Ale zaglądałam, podpatrywałam co pięknego robicie i wstyd mi się zrobiło, że ja się lenię. To znaczy nie tak do końca się lenię, bo wykańczam "Hafciarkę", a ona wykańcza mnie :) Do tego przygotowuję haft na prezent ślubny, ale to pokażę jak skończę.
Na majówkę wyjechaliśmy na łono natury, czyli na wieś. Tylko ta wieś chyba nas nie chciała, bo było zimno, mokro i ciemno.Było tak zimno, że poprosiłam tatę aby napalił w piecu od centralnego. I dopiero wtedy można było spokojnie posiedzieć. Trochę hafciłam, trochę pichciłam i dużo jadłam. No bo co robić w taką pogodę, ani na spacer, ani na kije. A teraz wszystko wróciło na stare tory, mąż do pracy, synowie do szkoły, ja do swoich prac.
Na razie nie mam nic nowego do pokazania, ale że jest maj i zaczynają się komunie to chciałabym pokazać jakie zaproszenia robiłam na komunię młodszego syna. Co prawda to było trzy lata temu, ale to był bardzo pamiętny dzień, ponieważ na cztery dni przed komunią dokładnie w dniu dziecka... spaliłam kuchnię. Syn chciał frytki, więc zaczęłam smażyć, no i tak smażyłam, że po ostatniej partii nie wyłączyłam gazu i olej który był w garnku zapalił się. A ja mądra mamusia zamiast przykryć garnek żeby przydusić ogień, wstawiłam garnek do zlewu. No i wyobrażacie sobie co się stało. Jak buchnęło do góry, to cud nad cudy że mnie się nic nie stało, że wyszłam z tego bez żadnej ranki. Bo syn uciekł na dwór. Na szczęście ogień sam zgasł, ale kuchnia była do całkowitego remontu. Jak to mąż zobaczył, od razu wyszedł i pojechał do sklepu po farbę, nawet nie dyskutowałam o kolorze. I tak to było z komunią młodszego syna. Ale wyobraźcie sobie, że nikt nie wyszedł aby zobaczyć co się stało, mimo że ludzie byli w mieszkaniach a ja krzyczałam. Jedynie dzieci pytały mnie czy w czymś pomóc, czy wezwać straż.
Ale ja to mam zawsze jakieś przygody. Bo na komunię starszego syna też miałam przygodę, po prostu pojechałam rodzić, I zamiast siedzieć grzecznie za stołem i się cieszyć gośćmi to ja leżałam w szpitalu z małym przy cycu.
Po drugiej komunii i przygodzie, rodzina zgodnie stwierdziła, że dobrze że nie mam więcej dzieci. Bo przy następnych komuniach może bym puściła cały dom z dymem, albo zalała hi hi.
Ale się rozpisałam, a miałam tylko pokazać hafty
Nie wiem czemu te dwa zdjęcia wkleiły się odwrotnie, jeszcze paru spraw w tym komputerze nie rozkminiam. Co przwda ten pierwszy haft jest nie wykończony, bo to był pierwszy trochę nie udany.. Ten drugi robiłam nitką metalizowaną i powiedziałam, że nigdy więcej. Umęczyłam się jak nigdy, straszne.
Jeszcze mały powrót do świątecznych ozdób. Otóż moja bratanica, która też prowadzi bloga http://iscprzezzycie.blogspot.com/ pierwszy raz robiła jajka szydełkowe i oczywiście zapomniała o swojej cioci, więc dostała małe... co nieco i tak oto zostałam posiadaczką dwóch jajeczek
Jak na pierwszy raz to całkiem fajnie jej to wyszło.
Jeszcze się pochwalę co dostałam do mego ślubnego, abym nie straciła wzroku do końca
Ta lampeczka przyda mi się też do czytania, bo uwielbiam czytać książki. Od pewnego czasu czytam tylko polskich autorów, a dokładniej mówiąc autorki. Uwielbiam książki Małgorzaty Kalicińskiej, z utęsknieniem czekam na jej kolejne książki, a tu nic nowego. Lubię Katarzynę Michalak i jej "Sklepik z niespodzianką". A teraz znalazłam coś dla nas, robótkowo zakręconych.
Książka Anny Mulczyńskiej "Powrót na Staromiejską". Czyta się cudnie i tak jak bym czytała o sobie, czyli o każdej z nas.
Dziewczyna w słusznym wieku, po nie udanym małżeństwie wraca do Polski, gdzie chce zrealizować swoje marzenie o sklepie z przydasiami do robótek. Znajdziemy w tej książce rozczarowanie, smutek ale i miłość i dobry humor. Ja na przykład znalazłam wiele praktycznych porad robótkowych, widać, że autorka zna się na rzeczy.
Gorąco polecam, tylko nie czytajcie przy śniadaniu, bo człowiek nawet nie zauważa ile pochłania kanapek, wiem to z doświadczenia :(
Dziękuję za wszystkie komentarze i za to że zaglądacie do mnie, dodaje mi to skrzydeł :)
I tym książkowym i skrzydlatym akcentem żegnam się, pa, miłej lektury.
Jak dawno już nie pisałam. Ale zaglądałam, podpatrywałam co pięknego robicie i wstyd mi się zrobiło, że ja się lenię. To znaczy nie tak do końca się lenię, bo wykańczam "Hafciarkę", a ona wykańcza mnie :) Do tego przygotowuję haft na prezent ślubny, ale to pokażę jak skończę.
Na majówkę wyjechaliśmy na łono natury, czyli na wieś. Tylko ta wieś chyba nas nie chciała, bo było zimno, mokro i ciemno.Było tak zimno, że poprosiłam tatę aby napalił w piecu od centralnego. I dopiero wtedy można było spokojnie posiedzieć. Trochę hafciłam, trochę pichciłam i dużo jadłam. No bo co robić w taką pogodę, ani na spacer, ani na kije. A teraz wszystko wróciło na stare tory, mąż do pracy, synowie do szkoły, ja do swoich prac.
Na razie nie mam nic nowego do pokazania, ale że jest maj i zaczynają się komunie to chciałabym pokazać jakie zaproszenia robiłam na komunię młodszego syna. Co prawda to było trzy lata temu, ale to był bardzo pamiętny dzień, ponieważ na cztery dni przed komunią dokładnie w dniu dziecka... spaliłam kuchnię. Syn chciał frytki, więc zaczęłam smażyć, no i tak smażyłam, że po ostatniej partii nie wyłączyłam gazu i olej który był w garnku zapalił się. A ja mądra mamusia zamiast przykryć garnek żeby przydusić ogień, wstawiłam garnek do zlewu. No i wyobrażacie sobie co się stało. Jak buchnęło do góry, to cud nad cudy że mnie się nic nie stało, że wyszłam z tego bez żadnej ranki. Bo syn uciekł na dwór. Na szczęście ogień sam zgasł, ale kuchnia była do całkowitego remontu. Jak to mąż zobaczył, od razu wyszedł i pojechał do sklepu po farbę, nawet nie dyskutowałam o kolorze. I tak to było z komunią młodszego syna. Ale wyobraźcie sobie, że nikt nie wyszedł aby zobaczyć co się stało, mimo że ludzie byli w mieszkaniach a ja krzyczałam. Jedynie dzieci pytały mnie czy w czymś pomóc, czy wezwać straż.
Ale ja to mam zawsze jakieś przygody. Bo na komunię starszego syna też miałam przygodę, po prostu pojechałam rodzić, I zamiast siedzieć grzecznie za stołem i się cieszyć gośćmi to ja leżałam w szpitalu z małym przy cycu.
Po drugiej komunii i przygodzie, rodzina zgodnie stwierdziła, że dobrze że nie mam więcej dzieci. Bo przy następnych komuniach może bym puściła cały dom z dymem, albo zalała hi hi.
Ale się rozpisałam, a miałam tylko pokazać hafty
Nie wiem czemu te dwa zdjęcia wkleiły się odwrotnie, jeszcze paru spraw w tym komputerze nie rozkminiam. Co przwda ten pierwszy haft jest nie wykończony, bo to był pierwszy trochę nie udany.. Ten drugi robiłam nitką metalizowaną i powiedziałam, że nigdy więcej. Umęczyłam się jak nigdy, straszne.
Jeszcze mały powrót do świątecznych ozdób. Otóż moja bratanica, która też prowadzi bloga http://iscprzezzycie.blogspot.com/ pierwszy raz robiła jajka szydełkowe i oczywiście zapomniała o swojej cioci, więc dostała małe... co nieco i tak oto zostałam posiadaczką dwóch jajeczek
Jak na pierwszy raz to całkiem fajnie jej to wyszło.
Jeszcze się pochwalę co dostałam do mego ślubnego, abym nie straciła wzroku do końca
Ta lampeczka przyda mi się też do czytania, bo uwielbiam czytać książki. Od pewnego czasu czytam tylko polskich autorów, a dokładniej mówiąc autorki. Uwielbiam książki Małgorzaty Kalicińskiej, z utęsknieniem czekam na jej kolejne książki, a tu nic nowego. Lubię Katarzynę Michalak i jej "Sklepik z niespodzianką". A teraz znalazłam coś dla nas, robótkowo zakręconych.
Książka Anny Mulczyńskiej "Powrót na Staromiejską". Czyta się cudnie i tak jak bym czytała o sobie, czyli o każdej z nas.
Dziewczyna w słusznym wieku, po nie udanym małżeństwie wraca do Polski, gdzie chce zrealizować swoje marzenie o sklepie z przydasiami do robótek. Znajdziemy w tej książce rozczarowanie, smutek ale i miłość i dobry humor. Ja na przykład znalazłam wiele praktycznych porad robótkowych, widać, że autorka zna się na rzeczy.
Gorąco polecam, tylko nie czytajcie przy śniadaniu, bo człowiek nawet nie zauważa ile pochłania kanapek, wiem to z doświadczenia :(
Dziękuję za wszystkie komentarze i za to że zaglądacie do mnie, dodaje mi to skrzydeł :)
I tym książkowym i skrzydlatym akcentem żegnam się, pa, miłej lektury.
piątek, 21 marca 2014
Wspomnienia działkowe
Witam
Dawno już nie pisałam a to wszystko przez brak czasu.
Prezent haftowany podarowałam, mamusi chyba się podobało, bo Lenka a ma już cztery lata, spojrzała, odłożyła i pobiegła do zabawek. Co w tym wieku jest całkowicie zrozumiałe.Chrzest był piękny, tylko pogoda nie, bo lało od samego rana i było zimno.
Za to dzisiaj było pięknie, świeciło słońce, wiał lekki wiatr. Cały dzień na balkonie wietrzyła się pościel, pranie pięknie schło i na reszcie mogłam otworzyć drzwi na balkon, z czego skrupulatnie skorzystał kot. Prawdziwy pierwszy dzień wiosny, tylko Marzanny nie utopiliśmy, bo mamy tylko wannę do dyspozycji. Może jutro, bo planujemy spędzić cały dzień na działce. No i właśnie o tym naszym miejscu na ziemi chcę dzisiaj napisać.
W maju minie jedenaście lat jak wzięliśmy działeczkę po pewnym panu, który miał tam mały sad z drzewkami i krzewami owocowymi. Były winogrona i truskawki, trochę kwiatów. Tylko, że ten pan nie uprawiał działki już ponad trzy lata. Jak tam pojechaliśmy pierwszy raz to muszę powiedzieć, że ogarnęła nas mała panika i wielkie przerażenie czy my damy radę doprowadzić ją do stanu używalności. Bo obraz który zobaczyliśmy wyglądał tak:
Całą działkę obrastał chmiel, dosłownie jak się wzięło za jeden koniec to podnosił się ten chmiel jak kołdra. Ponieważ działka znajduje się przy wodzie (czyt. bagno), to często odwiedzały i odwiedzają nas bobry.
A bobry jak wiadomo uwielbiają słodkie drewno, więc ścięły wszystkie drzewka owocowe, chyba dziesięć sztuk. Niestety nie mam zdjęcia, ale to wyglądało w ten sposób, że z ziemi wystawały wyłącznie zaostrzone ołówki, a korony leżały obok. Przy wejściu witał nas powalony płot, piękne olbrzymie pokrzywy i ten wszędobylski chmiel. Jedna scena utkwiła mi w pamięci. To był maj, w ogrodach kwitły wiosenne kwiaty i tam w śród tych pochylonych drzew wyglądały piękne, wielkie czerwone tulipany. I gdy tak na nie patrzyłam, gdzieś już w głębi duszy wiedziałam, że damy radę. Atutem tej działki jest też to, że rośnie na niej piękny dąb, ma chyba dwieście lat, obwód pnia ma trzy metry. Gdy jest mi smutno i ciężko to przytulam się do niego i czuję jak spływa na mnie nowa energia. I już jest lepiej.
A, zapomniałabym. Stała tam "willa" inaczej zwana hacjendą
"Piękne" to było, miało drzwi i okno z żaluzją, a w środku leżało mnóstwo materacy. Pod ścianami stały sterty okien, drzwi, a dach był zrobiony z rurek na których leżał tak zwany "gołyleon", czyli gumoleum.
Młodszy syn miał roczek i był chyba najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, bo mógł tarzać się w piachu ile wlezie, potem mycie pod pompą w zimnej wodzie.
Wzięliśmy się ostro za robotę, najpierw trzeba było wykarczować przejście i miejsce na jakiś stolik i fotele. Potem przyszła pora na płot, aby to jakoś "z wierzchu" wyglądało. Na zdjęciu w głębi widać małego Maćka.
Wykarczowaliśmy wszystkie karpy, część krzewów owocowych i tonę pokrzyw. Wracaliśmy do domu brudni jak nie boskie stworzenia. I tak było przez pierwsze lata i prawdę mówiąc nadal walczę z chmielem, skrzypem i pędrakami.
Pojawiły się pierwsze kwiaty, pierwsze warzywa
"Wille" rozebraliśmy, pustaki wykorzystaliśmy do budowy prawdziwego domku. Co prawda nie jest jeszcze wykończony, ale ten rok będzie pod znakiem urządzania domku. Mam już parę pomysłów i dużo materiałów, meblowych i tekstylnych. Aby tylko czas i zdrowie było.
To są porzeczki ze starych krzewów, zostawiliśmy parę krzaków, bo mają pyszne owoce.
Pracowaliśmy jak bure osły, były chwile, że mieliśmy dość. Pod koniec lata marzę aby już była zima, bo można odpocząć, ale w lutym chciałabym już jechać na działkę i pracować. Taki ze mnie człowiek przewrotny :)
Teraz nie wyobrażam sobie życia bez mojego ogrodu, co prawda wolałabym aby ten ogród był przy prawdziwym domu w którym mieszkamy. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, i już.
Dziękuję za wszystkie miłe słowa pod poprzednim postem jak i pod innymi postami też.
Pozdrawiam wiosennie i już księżycowo, pa.
Dawno już nie pisałam a to wszystko przez brak czasu.
Prezent haftowany podarowałam, mamusi chyba się podobało, bo Lenka a ma już cztery lata, spojrzała, odłożyła i pobiegła do zabawek. Co w tym wieku jest całkowicie zrozumiałe.Chrzest był piękny, tylko pogoda nie, bo lało od samego rana i było zimno.
Za to dzisiaj było pięknie, świeciło słońce, wiał lekki wiatr. Cały dzień na balkonie wietrzyła się pościel, pranie pięknie schło i na reszcie mogłam otworzyć drzwi na balkon, z czego skrupulatnie skorzystał kot. Prawdziwy pierwszy dzień wiosny, tylko Marzanny nie utopiliśmy, bo mamy tylko wannę do dyspozycji. Może jutro, bo planujemy spędzić cały dzień na działce. No i właśnie o tym naszym miejscu na ziemi chcę dzisiaj napisać.
W maju minie jedenaście lat jak wzięliśmy działeczkę po pewnym panu, który miał tam mały sad z drzewkami i krzewami owocowymi. Były winogrona i truskawki, trochę kwiatów. Tylko, że ten pan nie uprawiał działki już ponad trzy lata. Jak tam pojechaliśmy pierwszy raz to muszę powiedzieć, że ogarnęła nas mała panika i wielkie przerażenie czy my damy radę doprowadzić ją do stanu używalności. Bo obraz który zobaczyliśmy wyglądał tak:
Całą działkę obrastał chmiel, dosłownie jak się wzięło za jeden koniec to podnosił się ten chmiel jak kołdra. Ponieważ działka znajduje się przy wodzie (czyt. bagno), to często odwiedzały i odwiedzają nas bobry.
A bobry jak wiadomo uwielbiają słodkie drewno, więc ścięły wszystkie drzewka owocowe, chyba dziesięć sztuk. Niestety nie mam zdjęcia, ale to wyglądało w ten sposób, że z ziemi wystawały wyłącznie zaostrzone ołówki, a korony leżały obok. Przy wejściu witał nas powalony płot, piękne olbrzymie pokrzywy i ten wszędobylski chmiel. Jedna scena utkwiła mi w pamięci. To był maj, w ogrodach kwitły wiosenne kwiaty i tam w śród tych pochylonych drzew wyglądały piękne, wielkie czerwone tulipany. I gdy tak na nie patrzyłam, gdzieś już w głębi duszy wiedziałam, że damy radę. Atutem tej działki jest też to, że rośnie na niej piękny dąb, ma chyba dwieście lat, obwód pnia ma trzy metry. Gdy jest mi smutno i ciężko to przytulam się do niego i czuję jak spływa na mnie nowa energia. I już jest lepiej.
A, zapomniałabym. Stała tam "willa" inaczej zwana hacjendą
"Piękne" to było, miało drzwi i okno z żaluzją, a w środku leżało mnóstwo materacy. Pod ścianami stały sterty okien, drzwi, a dach był zrobiony z rurek na których leżał tak zwany "gołyleon", czyli gumoleum.
Młodszy syn miał roczek i był chyba najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, bo mógł tarzać się w piachu ile wlezie, potem mycie pod pompą w zimnej wodzie.
Wzięliśmy się ostro za robotę, najpierw trzeba było wykarczować przejście i miejsce na jakiś stolik i fotele. Potem przyszła pora na płot, aby to jakoś "z wierzchu" wyglądało. Na zdjęciu w głębi widać małego Maćka.
Wykarczowaliśmy wszystkie karpy, część krzewów owocowych i tonę pokrzyw. Wracaliśmy do domu brudni jak nie boskie stworzenia. I tak było przez pierwsze lata i prawdę mówiąc nadal walczę z chmielem, skrzypem i pędrakami.
Pojawiły się pierwsze kwiaty, pierwsze warzywa
"Wille" rozebraliśmy, pustaki wykorzystaliśmy do budowy prawdziwego domku. Co prawda nie jest jeszcze wykończony, ale ten rok będzie pod znakiem urządzania domku. Mam już parę pomysłów i dużo materiałów, meblowych i tekstylnych. Aby tylko czas i zdrowie było.
To są porzeczki ze starych krzewów, zostawiliśmy parę krzaków, bo mają pyszne owoce.
Pracowaliśmy jak bure osły, były chwile, że mieliśmy dość. Pod koniec lata marzę aby już była zima, bo można odpocząć, ale w lutym chciałabym już jechać na działkę i pracować. Taki ze mnie człowiek przewrotny :)
Teraz nie wyobrażam sobie życia bez mojego ogrodu, co prawda wolałabym aby ten ogród był przy prawdziwym domu w którym mieszkamy. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, i już.
Dziękuję za wszystkie miłe słowa pod poprzednim postem jak i pod innymi postami też.
Pozdrawiam wiosennie i już księżycowo, pa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











